nowe

nowe

Chlupa. Klupa. Ciapa. Paskudztwo. Wędruję dzielnie w przymałym płaszczu, szalik mi spada w tę klupę. Czapka mi spada na oczy. Torba mi ciąży na ramieniu. Tęsknota nieokreślona mi ciąży. Czerwone. Stoję, czekam, czuję jak mi bucik przemaka. Spoglądam z wyrzutem w ciapciaję i widzę strumień błota, wody, lodu i soli płynący przy krawężniku. Gapię się w to paskudztwo i jest mi coraz bardziej smutno. Myśl mi przemyka, żeby w ogóle chodzić na bosaka, szkoda butów. I nagle robi się ponad 20 stopni, ja jestem na wakacjach u babci, właśnie skończyła się burza i przed domem, po rozgrzanym asfalcie, płynie wartki strumień deszczówki. A ja gołymi stopami biegam w tej deszczówce, […]