czas na yerbę

Dzień dobry,

o zachodzie słońca wróciłam z uczelni. Wolna głowa. Dzisiaj otrzymałam ostatni wpis, zdałam indeks i oto przekroczyłam magiczną granicę połowy. Jeszcze nie oficjalnie, ale właściwie już jestem na IV semestrze. Szok i niedowierzanie, rozglądam się za fajerwerkami na moją cześć.

Siedzę sama w domu, mam wolne popołudnie i wcale nie jestem chora. Normalnie wzięłabym Czarnulę na smycz i poszłybyśmy do lasu, ale normalnie nie jest – strach oddychać, dzisiaj wyjątkowo. Z prognoz wynika, że w nocy ma być trochę lepiej, wtedy pójdziemy.

Wyjadam łyżką ze szklanki zbyt gęsty koktajl i zastanawiam się co zrobić z tym czasem. Wolałabym spania uniknąć przynajmniej do 21, więc to jest chyba najwyższy czas na yerbę.

 

Byłam wczoraj na randce, pierwszej od bardzo dawna. Cieszyłam się od samego rana na te spotkanie. Wróciłam z pracy, pobiegałam z Czarną, wbiłam się w obcisłą sukienkę z gatunku „łatwozdejmowalnych”, upięłam włosy, umalowałam usta, spryskałam szyję perfumami i pofrunęłam. Miejscem randki był teatr. W teatrze „Tramwaj zwany pożądaniem”. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że to jakaś lekka komedyjka. Jak bardzo się pomyliłam! Wbiło mnie w fotel, ścisnęło żołądek i gardło, dreszcze śmigały z góry do dołu, raz mi się robiło gorąco, a raz zimno. Wyszłam na miękkich nogach. Udawałam, że łzy mi ciekną od wiatru (chyba się nie nabrał). Poszliśmy jeść i pierwszy raz w życiu żałowałam, że nie mogę walnąć lufy. Albo trzech. Sukienkę zdjęłam sama, zamknięta w łazience. Prysznic wzięłam sama. Spać poszłam też sama, choć obok.
Mocna rzecz. Jeszcze nie umiem nazwać co mnie tak rozdygotało.

Całuję,
K.

About tycia