dzień dziecka

 

Od kilku miesięcy nie jestem w stanie zrobić sobie zdjęcia do CV. A to włosy nie takie, a to spuchnięta jestem, a to mam smutny dzień, a światło jest złe i w ogóle mi się brzydko rzęsy wywinęły.
Jak się ostatnio widziałam z Ewą, to mi zadała tylko jedno pytanie: „Czemu?”. 
No, czemu? Może jednak gdzieś tam głęboko nie chcę teraz zmieniać branży, uczyć się nowych rzeczy i odkładać tematu dzieci na najbliższe dwa lata? Może jednak nie chcę czekać? Sama już nie wiem o co mi chodzi, zapomniałam.
 
Postanowiłam podjąć próbę i powiedzieć swojemu ciału „sprawdzam”. Pogadałam z Piotrkiem, boi się. Ja też – jak się uda, to co my zrobimy? A jak się nie uda, to co my zrobimy?
Umówiłam się na wstępne badania, na konsultację z ginekologiem i z  endokrynologiem. Jak dostaniemy zielone światło, to mam nadzieję, że wystarczy nam odwagi. Dam sobie pół roku i cokolwiek się będzie działo – spróbuję nie panikować.
 
Jutro wyjeżdżam na mazury, weekend ze znajomymi z pracy. Jak mi się znowu zmieni perspektywa i znowu zmienię zdanie, to chyba oszaleję i pójdę się utopić. Chociaż prędzej upić. A Piotrek wyłysieje już do końca od tych moich wahań.

Dzisiaj z okazji dnia dziecka nie poszłam na trening, kupiłam sobie za to krówki i śledzie. Teraz siedzę przeszczęśliwa na kanapie, miziam psa stopą i zastanawiam się jaki film obejrzeć.

Jest spora szansa, że jak już to wszystko zjem, to nie będę taka radosna.

Mimo wszystko zaryzykuję.

 
Całusy,
K.

About tycia