jestem

Wracam do życia i bycia w tym życiu. W poprzednią niedzielę miała miejsce kulminacja emocji – poszłam z psem do lasu rano i cały spacer płakałam. Nadal nie wiem czemu, chociaż mam pewne podejrzenia. Tak czy siak – wypłakałam wszystko co było, a potem zaszyłam się w kuchni na kilka godzin i gotowałam dopóki nie zaczęłam wśród garów, misek i blach do pieczenia realizować moich autorskich układów tanecznych. Odpuściło. Wieczorem z tej okazji pojechaliśmy naszą czarną trójcą do Broku.

Brok. Moja kryjówka. Chatka Puchatka zlokalizowana nad Bugiem, półtorej godziny samochodem od Warszawy. Na uboczu, otoczona wiejskim, rozlatującym się płotem. Za płotem z jednej strony zboże, z drugiej łąka i rzeka, z trzeciej las, a od frontu ścieżynka dojazdowa obsadzona maluśkimi (na razie) drzewami. Zamiast kranów – studnia, zamiast prysznica – wiadro na trawniku (opcja letnia) lub miednica przy piecu (opcja jesienno – zimowa), zamiast kuchenki – kuchnia kaflowa. 

Nie wiem dlaczego, ale im mniej komfortowe warunki, tym lepiej mi się odpoczywa. Głowę mam najcichszą na mazurach na dzikiej bindudze, w Broku, w górach w schronisku bez prądu i ciepłej wody… Ekonomicznie!

Cały poniedziałek z Piotrkiem pracowaliśmy w ogrodzie podjadając ciasto z wiśniami, a wieczorem padliśmy przy grillu – brudni, wymęczeni, milczący. To chyba taka moja osobista definicja szczęścia, którą czasem zapominam i próbuję na siłę wbijać się w wyobrażenia innych. Głupoty nadal miewam w głowie.

Powót do Warszawy zazwyczaj boli, ale w środę poszliśmy na koncert Łąki Łana na plaży – skakanie na bosaka w piasku i kręcenie biodrami w oparach trawy zawsze robi dobrze. I jestem. Bycie jest super.

Całuję,
K.

About tycia