parasole

Dzień dobry z ponurej Warszawy. Na zewnątrz jest tak paskudnie, że do pełni paskudności brakuje tylko chlupy rozciapcianej na chodnikach. Na przystanku tramwajowym cmentarzysko rozszarpanych przez wiatr parasolek – poupychane w śmietnikach terkoczą strzępami kolorowych materiałów. Herbata nigdy nie smakuje tak dobrze jak w czasie szarug jesiennych.

 

Nie lubię tłumów. Staram się unikać zatłoczonych miejsc. Do galerii handlowych nie chodzę w godzinach szczytu, na koncertach wybieram sobie miejce na uboczu. Parę lat temu poszłam na Wianki nad Wisłą – pomysł całkiem dobry, dopóki nie musieliśmy z Piotrkiem przejść przez masę bawiących się ludzi na drugą stronę ulicy. Po prostu przestałam oddychać, ciało się przestało słuchać, a świadomośc zniknęła. Nigdy więcej nie weszłam w tłum.

Wiedząc o swoich słabościach i tak postanowiłam wziąć udział w demonstracji poniedziałkowej. Bałam się jak cholera, ale bardzo chciałam tam być. Chwilę po dotarciu na miejsce spłakałam się ze strachu. Bojąc się weszłam głębiej, tak żeby nie było odwrotu. Panikę przytłumiło wzruszenie, łzy zmieszały się z deszczem, strach zastąpiła magia. Siła. Czysta energia. Tęskniłam za takim uczuciem jedności całe życie. Wrzaski prosto z przepony. Śpiewy. Tańce w deszczu z parasolami. Bębny. Jest moc w nas. Dzika.

Cieszę się, że nie stchórzyłam. Cieszę się, że zmokłam, zmarzłam, że wymieniłam obecne spojrzenia z tyloma kobietami, które okazały się być jedną kobietą. Mam nadzieję, że nigdy tego uczucia nie zapomnę.

 

We wtorek lało cały dzień. Wieczorem poszłam na siłownię, parasolkę zostawiłam w łazience w szatni żeby obciekła. Po treningu, gdy zmęczona zbierałam się do domu, zorientowałam się, że moja prasolka zniknęła. Wychodziłam z szatni ostatnia i nikt nie zostawił żadnej, więc to nie była pomyłka. Wróciłam do domu cała przemoczona, wzięłam gorący prysznic i usiadłam pod kocem z ciepłą herbatą. Entuzjazm opadł. Ale tylko trochę.

Całuję,

K.

About tycia