rozmiłowanie

 

Dzień dobry!

Podróże poślubne bywają trudne - obydwoje tak bardzo chcieliśmy, żeby tej drugiej osobie było dobrze i pięknie, że zaczęliśmy się spinać. A ze spięcia w relacjach nigdy jeszcze mi nie wyszło nic dobrego. Może to i lepiej, jeszcze byśmy pomyśleli, że po ślubie to już tylko sielanka i wtedy powrót do codzienności mógłby zaboleć. Na szczęście nie udało nam się zrujnować tych wakacji i jak już uznaliśmy, że nie umiemy w "just married", to nawet te spięcia zrobiły się zabawne.

Zaraz po deszczowym ślubie padł pomysł, żebyśmy polecieli gdzieś w ciepłe kraje, bo w Bieszczadach to tylko będziemy moknąć i marznąć. Uznaliśmy jednak, że wolimy siedzieć w deszczu w schronisku niż w upale w klimatyzowanym pokoju. I to była cholernie dobra decyzja, bo pogoda była wymarzona do wędrowania. Niestety nasze nowe traperskie buty okazały się na tyle koszmarne, że po 3 dniach nie byliśmy wstanie założyć na stopę niczego poza klapkami. Nie wiem skąd pomysł, żeby wjechać z nowymi butami prosto na szlak. Uznajmy, że to zaćmienie wynikające z zaaferowania ślubem, a nie zwykła głupota.

Trochę tu marudzę, ale to były najfajniejsze wakacje w moim życiu. Pomimo siniaków na kostkach i bąbli na stopach, pomimo braku rezerwacji doprowadzającej mnie do szału (przymus kontroli wszystkiego to prawdziwa zmora) i nawet pomimo wyjątkowo złej kawy - było pięknie mi z nim. I chociaż zawsze wydawało mi się, że ślub to totalna bzdura, to teraz wcale tak nie myślę. Ja, stojąc na trzęsących się nogach w urzędzie i tak bardzo starając się nie rozryczeć, zakochałam się w tym facecie na nowo. Tylko tym razem na trzeźwo i z pełną świadomością. I tak mi dobrze, że aż trochę głupio.


Całuję,
K.

About tycia