szaleństwa (jeszcze) panny Kasi

Dzień dobry,

kiedyś w przypływie szaleństwa poszłam do dentysty usunąć ósemki. Górna lewa – phi, pikuś! O co ta afera! Lody można jeść na śniadanie, obiad i kolację, takie zalecenie lekarskie, nie ma dyskusji, trzeba to trzeba, no cudownie. Dolna lewa – koszmar. Zatrzymana w kości. Piłowanie żuchwy, rozcinanie dziąseł, dłutowanie. Krew wszędzie. Chirurg – pan Sergiusz o dłoniach wielkości bochenków – klął pod nosem, że taka mu się trafiłam. A ja siedziałam totalnie przerażona i za wszelką cenę starałam się nie zemdleć (świadoma tego, że to tylko przedłuży zabieg i wcale mnie nie uratuje).

Pierwsze słowa jakie z siebie po wszystkim wyplułam razem z krwią i opatrunkiem brzmiały „nigdy, kurwa, więcej”. Potem zamilkłam na ponad tydzień walcząc z opuchlizną, krwotokami i drętwieniem języka.

Postanowiłam sobie wmówić, że nie mam już żadnej ósemki i tego się trzymać. 

Trzymałam się dwa lata. Może trzy. Nie pamiętam.

Ginekolog mi kazała przed ciążą skonsultować się z dentystą i sprawdzić wszystkie zęby, żebyśmy potem nie miały problemu. Dentysta nie chciał przyjąć do wiadomości, że ja ósemek już nie mam i powiedział, że trzeba te dwie prawe koniecznie usunąć, nie ma wyjścia, nic nie wymyślimy. Poszłam z psem do lasu, żeby szczerze ze sobą pogadać i po intensywnie wulgarnej godzinie w mojej głowie, zadzwoniłam do gabinetu Sergiusza i zapisałam się na 14 lipca. 13 lipca dzwoniłam w panice do recepcji, że kiepsko się czuje i może jednak odwołamy, przesuniemy na inny termin, może chociaż na godzinę inną?.. Pani recepcjonistka, wprawiona w bojach, ustawiła mnie do pionu i wizyty nie przesunęła ani o minutę.

I oto jestem – zapuchnięta, posiniaczona, lżejsza o 800zł i dwie ostatnie ósemki. Zdumiona swoją determinacją.

Nie całuję, boli mnie wszystko.

About tycia