tydzień
Poniedziałek

Poszli na randkę. Piechotą na Plac Wilsona, do knajpy z sushi. Ona nigdy nie jadła, on tylko takie pudełkowe z Żabki. Chcieli spróbować czegoś nowego z okazji 10 rocznicy ich pierwszego spaceru. Ona nerwowo poprawiała za duży dekolt w sukience, on na siłę próbował ją rozbawić. Na miejscu schowali się w rogu i zamówili największy zestaw ze wszystkim, czego nie potrafili ani nazwać, ani zjeść. Jeszcze godzinę temu, zanim wyszli z domu, ona szalała z nerwów, a on nie wiedział co ma zrobić. Teraz się rozluźniła i niezdarnie podnosząc pałeczkami kawałek czegoś, co najprawdopodobniej było imbirem, zaczęła wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

Zrobiło się na tyle zimno, że zamiast na lody i do parku - pognali do domu. On na każdych światłach obejmował ją ramionami tak, jakby była jedyną kobietą na świecie. Nie pamiętała już dlaczego tak się denerwowała, co mogłoby pójść źle? Wrócili. On wyszedł z psem, ona zrzuciła z siebie niewygodną sukienkę i weszła pod prysznic, żeby się rozgrzać. Zaczęła mieć nadzieję, że może nawet nie będzie musiała z nim rozmawiać?

Kochali się, a potem leżeli nasłuchując bzyczenia miejskiego ulu w którym przyszło im żyć. Ona zebrała się w sobie. Już. Teraz. Już otworzyła usta, serce zaczęło jej walić, w głowie pustka, z gardła wyrywa się jedynie chrząknięcie, a usta układają się w durnym uśmiechu. No, dalej! Powiedz coś! Nic, tylko ten uśmiech, zapomniała wszystkich słów świata, nie pamięta ani jednej literki, będzie się tak szczerzyć przez resztę swojego życia. Może to i lepiej.
- Kaśku? Co jest?
- No...
- No, co się dzieje?
- Bo... - Serio? Masz szczęście, że to nie ty się oświadczałaś, najpewniej wysłałabyś mu pierścionek listem (poleconym, niech wie, że ci zależy!) - Bo... Pamiętasz jak obiecaliśmy sobie wrócić do tego tematu? Jak zrobię badania? Zrobiłam, jest wszystko dobrze, możemy już odstawić antykoncepcję. Pamiętasz? Co? Piotrek?

Uśmiechnął się. Uśmiechnął się! Czyli wszystko ok, niepotrzebne te nerwy, jakoś to będzie, co ona sobie myśl...
- No.. Ale to przecież jeszcze nie teraz?
...ała.





Wtorek

Przez 8 godzin w pracy siedziała z wysoko uniesioną głową - tak, żeby ani jedna łza nie wydostała się spod powiek. Nie chciała tłumaczyć nikomu, jak bardzo się wygłupiła. Wróciła do domu, minęła go w korytarzu, zdjęła wszystkie ubrania, schowała się pod kołdrą i czekała, aż przestanie boleć. Słuchała jak on pakuje się na trening. Gdy przyszedł ją przytulić, to udawała, że śpi. On udał, że w to uwierzył. Wyszedł. Przez godzinę rozpaczliwie usiłowała rozluźnić ciało i zasnąć. Wreszcie przestała się łudzić, że jej się to kiedykolwiek uda i na bosaka, goła, rozczochrana i zgarbiona podreptała do lodówki po wino. Wino okazało się kiepskim wyborem, bo już przy drugiej szklance (regularnie tłukli kieliszki i w końcu przestali je kupować) rozryczała się zupełnie jak wtedy, kiedy ten durny lekarz jej powiedział, że najprawdopodobniej jest bezpłodna i najlepiej jak się skupi na karierze zawodowej, mniej nerwów.





Środa

Czerpała swoistą przyjemność z taplania się we własnej rozpaczy. Powoli zaczynało do niej docierać, że właściwie nic strasznego się nie wydarzyło, ale nie chciała wpuścić tej myśli. W smutku zawsze jej było najwygodniej. Tam nic nie musi, tylko czuć.





Czwartek

Obudziła się o 5, jeszcze na lekkim rauszu. Zaczęła myśleć o ślubie, który wezmą za tydzień. Zobaczyła siebie, jak stoi zapuchnięta i skrzywiona i przysięga mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską (nie była pewna, czy takie przysięgi robi się też na ślubie cywilnym, ale nawet jeśli nie, to jej uwielbienie do dramatyzowania nie pozwoliło ominąć tej kwestii). Wkurzyła się. Na siebie, na niego, na dziecko, które nawet nie istniało. Ze złości znowu się popłakała doprowadzając do ruiny resztki przyklejonych na ślub rzęs.

Z pracy wyniosła papierosa od kolegi, ale w końcu zapomniała go wypalić.





Piątek

Rano zamknęła się na balkonie z kawą, zakazanym papierosem i znalezioną w kuchni zapalniczką. Odpaliła. Wdech. Cisza w głowie. Wydech. Rany, jak ona za tym tęskniła. Wdech. Nic, żadnej myśli. Wydech. Pierwszy raz w tym tygodniu rozluźniła ramiona. Wdech. Zakręciło jej się w głowie. Wydech. Poczuła mdłości. Wdech. Cisza zniknęła, znowu jest zła. Wydech. Zła i śmierdząca. Zgasiła papierosa i poszła pod prysznic.

Obudziła się w trakcie kolejnej awantury. Zamarła. Ze wstydu uciekła. Trzasnęła drzwiami i pognała do pracy. Telefon. Pierwszy raz od "jeszcze nie teraz" zaczęła słuchać tego, co on mówi. Zorientowała się, że wszystko jest w porządku, a większość dramatu rozegrała w swojej głowie, wyłapując tylko pojedyncze słowa i ignorując kontekst. Stała na chodniku, przyciskała słuchawkę telefonu do ucha i wstydziła się, że znowu jej zabrakło dystansu, że znowu zanurzyła się w otchłani, zanim zrozumiała co się dzieje. Była pewna, że ten etap już za nią.

Wieczorem nalała sobie resztkę wina do szklanki, wzięła resztkę papierosa i zamknęła się na balkonie żeby uporać się z resztką swojego urojonego mroku. 10 minut później skończyła z głową w toalecie. Ciało miało dosyć. Głowa też.





Sobota

Godzinę leżeli we trójkę ściśnięci na kanapie. Ona, on i pies. Nikomu nie było wygodnie i nikt nie miał zamiaru się stamtąd ruszać. Leżeli w ciemności, bo ona pogasiła wszystkie światła nie chcąc patrzeć na bałagan, który zapanował w domu. Gadali, nadrabiali ostatnie dni. On jej opowiadał o treningu z Kamilem, ona mu pokazywała wygłupy Nosowskiej na Instagramie.





Niedziela

Wracając z siłowni łapie się na tym, że buja biodrami na przejściu dla pieszych. Kiedy ostatnio tańczyła? Nie pamięta.
Zmęczona wspina się po schodach do domu. Słyszy jak on biegnie w dół, znowu spóźnia się do pracy. Mijają się na korytarzu, ocierają się nosami.
- Głowa już mnie boli tak, że ledwo się ruszam.
- No, duszno. Pewnie jebnie.
- Lecę, trzymaj się.
- Leć, pa.

Zagrzmiało, zachmurzyło się, ale burza przeszła bokiem.
Tym razem nie jebnęło.

About tycia